Free Kick: Futbol jest przereklamowany

Interesujesz się piłką nożną? Nie możesz się doczekać truskawki na torcie od Tomasza Hajty? Szukasz konsensusu wraz z Mateuszem Borkiem? Z utęsknieniem czekasz na mejwenów Michała Pola? Łapiesz się na tym, że już niczego nie łapiesz przy komentatorskich „Szpakach”? To nie jest portal dla ciebie. Natomiast kiedy „Pellegrino” kojarzy ci się bardziej z siarkofrutami za trzy złote wprost z urodzajnej rozlewni w Tenczynkach, niż z pewnym argentyńskim zawodnikiem, trafiłeś pod właściwy adres. Miałem tego tekstu nie pisać, ale że właściciel serwisu płaci jak za prezydenta? Zapraszam na „Free Kick”!

Rok temu – no dobra, rok z dużym hakiem – moja kochana siostrzyczka powiedziała, że skontaktował się z nią kolega z lat młodzieńczych, zadając pytanie: „Kto to ten Mateusz Połuszańczyk? Rodzina twoja jakaś?”. Rzekła mi o tym, podkreślając: „Grzesiek jest w porządku. Na pewno się dogadacie”. Po kilku tygodniach postanowiłem się do tego pana odezwać i szybko doszliśmy do wniosku, że forma „Pan” jest dużym uchybieniem na gruncie naszej dalszej znajomości. Bo panowali to królowie i często im to kiepsko wychodziło. Poza tym dzieliło nas zaledwie dwadzieścia lat (tak, jestem starszy, ale świetnie się trzymam), a łączyło znacznie więcej: piłka nożna, literatura, poezja, wspólni kumple oraz Paweł Zarzeczny. Nie to, żeby „Pawka” był naszym ziomkiem, chociaż światopoglądowo, charakterystycznie czy podejściem do życia byliśmy z „One Man Show” bliżej niż dalej.

Kiedyśmy się z grubsza poznali, zaprosiłem go do uczestnictwa w gali bokserskiej Sokółka Boxing Show, dając jednocześnie możliwość publikowania tekstów w kwestiach futbolu na stronie Double Impact (artykuł zawiera lokowanie produktu), czyli serwisie traktującym o tematyce pięściarskiej. Potem współtworzyliśmy wieczór autorski, związany z moim debiutem poetyckim i po części oficjalnej – powiedzmy, że wymieniliśmy się proporczykami – zaczęła się jazda. Znacie te imprezy, na których wszyscy cytują Newtona, Einsteina, George’a Besta, Paula Gascoigne’a, Mickiewicza, Bukowskiego i innych pijaków? Tzn. poetów. Oczywiście, wymieniając powyższe nazwiska, nie chcę uwłaczać pijakom. No, to Grzesiek palnął tuż przed rozpoczęciem uczty: „Też coś zacytuję: „Poeta to taki ktoś, komu brakuje słów” – Mateusz Połuszańczyk”. I mi w tamtej chwili zabrakło. Odebrało mi mowę, wzruszyłem się, dziękuję to za mało. Debiutu doświadcza się raz w życiu. Piękne uczucie. Miłość spotyka się raz w życiu. Najwspanialsze uczucie. Premierowy cytat poetycki, gdy jest się oficjalnie autorem? Wyborne uczucie! Są rzeczy, których kupić nie można, za wszystkie inne zapłacisz kartą stałego klienta w dyskoncie spożywczym.

                                                                               Pisząc czytam

Ja jestem trochę takim autsajderem, więc zawsze chciałem kreować wielkie sprawy. Żużel, boks, koszykówka, piłka nożna – zawsze chciałem być w centrum wydarzeń. Nigdy mi się nie udało, ale pisałem o nich. Polish Speedway Battle w Krośnie z kapitalnym występem Grigorija Łaguty, zwycięstwo Liverpoolu nad Milanem po serii rzutów karnych z „Dudek Dance”, piorunujące ciosy Tomasza Adamka posyłające na deski Steve’a Cunninghama, game-winner Stepha Curry’ego w emocjonującym meczu przeciwko Oklahomie City Thunder. Nie brałem udziału w żadnym, natomiast mój entuzjazm był porównywalny z tymi meczami piłkarskimi, pojedynkami pięściarskimi, potyczkami rodem z żużlowych torów czy koszykarskimi popisami. Dlaczego? Bo mogłem je zrelacjonować. Najpierw za pomocą setek zeszytów i długopisów, następnie za pośrednictwem serwisów internetowych, by ukoronować to wszystko na łamach prasy o zasięgu co najmniej krajowym (Kej Di, dziękuję!). Większość z Was, drodzy odbiorcy, przestała czytać ten tekst już dawno, ale ci pozostali są ciekawi, po co tu właściwie jestem? Odpowie za mnie prawdziwy przyjaciel z parkietów NBA, Paul „The Truth” Pierce:

Wiecie, podczas pisania obserwowałem również, jak redaktor Sawicki wspina się po kolejnych szczeblach kariery. To było przyjemne dla oka, roztapiające zlodowaciałe nieraz serce oraz krzepiące wątrobę. Naprawdę świętowałem z nim jego każdy sukces (on o tym nie ma zielonkawego pojęcia), a przy potknięciu nie doradzałem. Udzielałem tylko krótkich wytycznych i wskazówek. Np. „Grzesiu, ty nawet ich nie pierdol. Na taki zaszczyt trzeba sobie zasłużyć”. Albo gdy stawał na rozstaju dróg: „Ja na twoim miejscu kroczyłbym tą ścieżką, ale wybór należy do ciebie”. Ponieważ ludziom nie należy nakazywać lub zakazywać. Można coś bez nacisku zasugerować, podpowiedzieć. Oni sami muszą odnaleźć swoje szlaki, nawet jeśli nieprawidłowe. Jakiś czas temu spotkałem niespodziewanie mojego kolegę, Wojtka. Został księdzem i dobrze, bo przynajmniej mam rabat na pokutę. On zna moje grzechy, ja jego, poza tym ja znam Grzecha, a on nie. Tak czy inaczej, Wojciech stwierdził kategorycznie, że za każdym razem mijając kaplicę, kościół czy krzyż, doznaje olśnienia, że mija się z powołaniem. I takich bliźnich nam potrzeba, dowcipkujących. Z bliźnim możesz się zabliźnić.

                                                                          Czytam pisząc

Od przewertowania lektury pt. „Jak Piotrek został pijakiem”, wchłonąłem jeszcze „Łysek co miewał zwidy”, „W Trzebini Duch Puszczy”, „Krzykaczy”, „Cieci z stróżówki Cło”, „Baćko Grzeszny” i wiele innych lektur przydatnych. W sierpniu połknąłem w całości – taki był smakowity – artykuł Sawickiego dotyczący klubu Okęcie Warszawa. Dwadzieścia lat temu sieć internetową stanowiła telegazeta, więc odpalałem odbiornik telewizyjny, szukałem niższych lig i zerkałem na rezultaty, i nazwa Okęcie tam widniała. Czytając kolejne wersety tętniącego futbolowym życiem artykułu Grześka, po prostu się popłakałem. Ot, beksa ze mnie. Przywołał czasy, w których kibicowałem drużynom z tych klas rozgrywkowych. Jeszcze jubileusz klubu. Poezja, poezja, poezja i dramat, że nie mogłem stawić się na obchodach 90-lecia tego zasłużonego klubu, a „Smoku” zapraszał…

 

 

Nie tym razem, to następnym. Przybędę na stulecie klubu prywatnym helikopterem, bo akurat wtedy Galaktyczny Futbol będzie mi płacił więcej niż to robi teraz cała sokólska branża medialna. Kiedyś pragnąłem pracować w lokalnych mediach, lecz nie było nam po drodze, gdyż „nie posiada pan wykształcenia”. Ich sprawa, nie wnikam. Nie sztuką jest napisać, że odbyło się wydarzenie sportowe, ten wygrał, tamci serwowali frytki i zorganizowano ogródek piwny na świeżym powietrzu, natomiast gwiazdą wieczoru była grupa Skaner z przebojem „Lato w Kołobrzegu”. Ukaż mi to w ten sposób, żeby poruszyć moją wyobraźnię. Żebym poczuł, że – pomimo iż mnie zabrakło – nic mnie nie ominęło. Żadna atrakcja. Spożywając teksty „Gregga”, przeżywasz historię, stajesz się jej częścią. I to jest, proszę państwa, dziennikarstwo na najwyższym poziomie.

„Free Kick” nie został podyktowany, aczkolwiek faul ewidentny. Już słyszę głos odbiorców: „Panie Turek, kończ pan ten nędzny wpis!”. Jako że do finału przetrwali nieliczni, dziękuję. Niczego odkrywczego wam nie sprzedałem? Proszę, zachłyśnijcie się jeszcze raz. Zobaczycie, że jest tutaj pewien przekaz podprogowy. Aha, artykuł miał być o piłce nożnej. Okej, Jagiellonia wygrała z Cracovią 3:2. Tymczasem pozdrawiam wszystkich fanów futbolu. Strzała, mistrzowie!

 

Mateusz Połuszańczyk

 

Miejsce na twoją reklamę

Chcesz zareklamować się na portalu z ogromną ilością wyświetleń? Bardzo dobrze trafiłeś!!! To jest miejsce gdzie w dobry sposób pokażesz swoją firmę.

Miejsce na twoją reklamę

Chcesz zareklamować się na portalu z ogromną ilością wyświetleń? Bardzo dobrze trafiłeś!!! To jest miejsce gdzie w dobry sposób pokażesz swoją firmę.