fbpx

Free Kick: Akademia wychowania życiowego

Meandry cudowności życia redakcyjnego bywają nieprzewidywalne, bo człowiek tutaj by jeszcze coś napisał, tam poprawił, doprawił, przesolił, przyfasolił. Poza tym trzeba przeprowadzić rozmowę telefoniczną, umówić się na wywiad i przy okazji budować własny wizerunek w mediach. Dopełnieniem szczęścia są faktury z wydawnictwa, czy (po)rachunki do wyrównania, więc czasami po prostu nie ma czasu, by mieć czas. W związku z powyższym: wybaczcie opieszałość przy stworzeniu dzisiejszego artykułu.

Wczoraj rozpoczęła się następna kolejka eliminacji do Jewro 2020 i dużo się działo. Hat-tricki Cristiano Ronaldo i Harry’ego Kane’a, Ben Chilwell trzy asysty. Szkoda mi bardzo Kosowa, ponieważ zwycięstwo przybliżyłoby ich do przyszłorocznych finałów czempionatu Starego Kontynentu. Ale co ja Wam będę nawijał makaron na uszy, przecież znacie rezultaty, zdobywców bramek, autorów kluczowych podań. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze podobały mi się relacje spotkań, gal pięściarskich, wydarzeń lokalnych. Bierzemy pierwszy lepszy z brzegu szablon: „Tego i tego dnia odbył się mecz. Certyfikat Gołoleć pokonał Licencję Podjebudki 2:0. Strzelcami goli byli Bronisław Pastorałek oraz Tomasz Zgredowaty. W tabeli ligowej nadal przewodzi Koncesja Pizdryki, która ma przewagę pięciu punktów nad Protokołem Odszczepieńce”. Koniec sprawozdania, komentarz uważam za zbędny.

Wróćmy na chwilę – obiecuję, że na moment – do wczorajszego pojedynku Francji z Mołdawią. Pomijając okropne męczarnie „Les Blues”, widzieliście jakiego manewru dopuścił się Clement Lenglet? Ostatnio takie cuda wianki obserwowałem bodaj dekadę temu podczas Pucharu Narodów Afryki, kiedy defensorzy reprezentacji Mali, albo innego Zimbabwe, bawili się we własnej szesnastce, posyłając czterokrotnie w jednej akcji „świecę” wprost w obłoki. U nich obeszło się bez konsekwencji, zaś Lenglet… Zobaczcie sami.

Skoro już jesteśmy przy budce z piwem i eliminacjach, to jutro potyczka Izraela przeciwko Polsce. Nie chce mi się wierzyć, że Polacy nie wywiozą z terenu oponentów korzystnego rezultatu w postaci trzech oczek. Liczę na wynik 3:0, po czym powrót do kraju w nastrojach pogodnych jak spikerzy TVN Meteo w skwarnych dobach lipca. Przypomniał mi się pewien dialog, który uskuteczniłem niedawno z redaktorem Grzegorzem Sawickim (tylko nie zdradzajcie nikomu treści, bo Gregg sprzedałby mi soczystego liścia):

– Grzesiek, bracie, przypuszczałeś kiedyś, że będziemy razem działać na jednym froncie?

– A skąd! Za młodu było dużo ciekawszych rzeczy do roboty, niż przypuszczanie.

– No, ale Ania (moja siostra) nie chwaliła się braciszkiem?

– Tzn. Anka wspominała trzydzieści lat temu, że urodził się chłopczyk i będzie miał na imię Mateuszek. Gdyby mi wówczas powiedziała, że o ciebie chodzi, to zupełnie inaczej bym tę informację potraktował.

W tym przypadku czas okazał się naszym sprzymierzeńcem, jednak ku przestrodze wygłoszę krótkie orędzie: „Rodacy, kamraci, piłkarska świto, ziomeczki! W tym szczególnym dniu pamiętajcie, że prawie dwadzieścia lat różnicy nie robi różnicy, zwłaszcza gdy odnajduje się w kimś przyjaciela. Starszyzno, nie potępiaj młodości. Młodzieży, szanuj ludzi starszych. Życzę tego wszystkim”. O czym to ja? Ach, tak. No i jutro Izrael-Polska, zatem radzę zapoznać się i zabezpieczyć we wspaniały przepis sprzed miesiąca podyktowany przez Naprzód Świbie. Receptura prima sort. Polecam!

Owa formuła jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, z miasta do wsi, z wsi do miasta, z dziada na wnuka, a nawet z wnuka na dziada. Tylko żeby jutro nasi kadrowicze nie dziadowali i rozegrali w miarę składny mecz. Gdy uczęszczałem do gimnazjum… Okej, zapędziłem się. „Uczęszczałem” to zbyt wyolbrzymione określenie, ponieważ byłem w szkole dwa razy w ciągu sezonu: na uroczystą inaugurację roku szkolnego oraz na zakończenie przy wręczaniu świadectw za wybitne wyniki w nauce. Ten fragment może sobie darujemy. Tak czy inaczej, figurowałem na liście uczniów. Byłem chorowitym gołowąsem (problemy z odpornością), więc mojego śp. tatę Jana często wzywano, aby odwiedził progi placówki edukacyjnej w celu złożenia zaświadczenia lekarskiego o mojej niepoczytalności… Nie, no znowu popełniłem błąd. Nie ten rozdział, przepraszam. Chodziło oczywiście o zwolnienie z zajęć WF-u. Początek września, jeszcze nie chłodno, ale już nie ciepło, zatem tata dołączył suwenir w postaci litrowej wód… łódki Bols. Janek wraca do domu i z uśmiechem na twarzy apeluje: „Załatwione. Oni tam świętują Dzień Nauczyciela od początku września do końca czerwca”. Tak w istocie było. Nigdy nie zapomnę tych trzaskających drzwi, pomalowanych kruszącą się farbą o barwie magnolii, na których widniała tabliczka z napisem: „Katedra wychowania fizycznego”. Powinno raczej być: „Katedra przygotowania do życia w rozkminie”.

W niedzielę nie życzę nikomu kaca po sobotniej potyczce kadry narodowej, ale gdyby jednak coś poszło nie po naszej myśli, to wiecie co może Was poratować? Klin to banał. Woda źródlana prosto z Krynek – oto mistrzostwo świata. Przywraca człowiekowi jasność funkcjonowania. Kiedyś mój kumpel, którego imienia nie zdradzę – wybacz Zbychu – po suto zakrapianej piątkowej imprezie (taki był charakter tych świąt) rzekł słowa, które zrujnowały i jednocześnie zbudowały mój światopogląd: „Mateusz, jak dzisiaj nie umrę, to już nigdy nie umrę”. Odpuszczając dalsze losy Zbigniewa, gdyż zmarnował sobie życie zostając adwokatem, jeszcze raz polecam tę wodę. A wiecie z jakiego naczynia będzie najlepiej smakowała? Z klubowego kubka LZS Krynki. Gorąco nakłaniam do kontaktu i zakupu. Ja już zamówiłem.

Ostatnio coraz częściej dochodzą mnie głosy, że amerykańscy naukowcy pracują nad recepturą wódki w czopkach. Że niby trzepać po łbie ma tak samo, ale plus polega na braku obrzydliwego chuchu alkoholowego. Dobra, fajnie. Tylko jak takim wynalazkiem wznosić toast, albo pić brudzia? Nie odważę się całować kogoś w poślad i mówić: „Jurek jestem, bardzo mi przyjemnie”. W skrócie: te czopki są do dupy!

Goal.com utworzył zestawienie dwudziestu pięciu najlepszych piłkarzy ubiegłego sezonu. Robert Lewandowski na szesnastym miejscu. Na domiar złego redaktorzy serwisu zrobili błąd przy nazwisku naszego kapitana: „Lewandowksi”. Przemilczę w cierpliwości. Ranking jak to ranking (wybory miss obory na dożynkach), a gafy zdarzają się każdemu. Nawet ze słowa „literówka” nieopatrznie może wyjść „litrówka”. Gdy byłem nastolatkiem, oglądałem mnóstwo piłki nożnej, pisałem wiersze i piłem przy tym hektolitry piwa. Dorośli mieli czelność wmawiać, że nikt mi nie będzie płacił za picie złocistego trunku przy obserwowaniu zmagań sportowych. Los potoczył się tak jakoś niefortunnie, że jednak płacą. Zobaczcie, jak to wygląda. Siedzisz w barze, patrzysz na meczyk, dyskutujesz z kompanami, dzwoni oburzona żona i zasadniczo zadaje pytanie: „Mateusz, co ty, kurwa, odpierdalasz? Gdzie jesteś? Miałeś być o 23:04, a już prawie 2:00!”. Odpowiedź: „Kochanie, przecież doskonale wiesz, że byłem w pracy, a teraz przedłuża mi się narada służbowa”. Taka luźna dygresja z notatnika dziennikarza sportowego. Strzała, mistrzowie!

Mateusz Połuszańczyk

Miejsce na twoją reklamę

Chcesz zareklamować się na portalu z ogromną ilością wyświetleń? Bardzo dobrze trafiłeś!!! To jest miejsce gdzie w dobry sposób pokażesz swoją firmę.

Miejsce na twoją reklamę

Chcesz zareklamować się na portalu z ogromną ilością wyświetleń? Bardzo dobrze trafiłeś!!! To jest miejsce gdzie w dobry sposób pokażesz swoją firmę.