Krzysztof Stanowski odpowiada Szymonowi Jadczakowi. „Stano” zaorał w swoim stylu

Szymon Jadczak, jakiś czas temu, przysłał Krzysztofowi Stanowskiemu serię pytań dotyczących jego znajomości z Czesławem Michniewiczem czy też kontaktów z „Fryzjerem”. Współwłaściciel „Kanału Sportowego” postanowił odpowiedzieć otwartym listem, które zamieścił w mediach społecznościowych. Całość poniżej.

Odpowiedź Krzysztofa Stanowskiego

Dzień dobry,

Dziękuję za tak długi czas na odniesienie się do tematu. Strach pomyśleć, co by było, gdybym dzisiaj był w podróży, nad jeziorem albo w miejscu bez dostępu do internetu. Prawdopodobnie przepadłaby mi szansa na odpowiedź na te jakże intrygujące pytania. Całe szczęście, że akurat spojrzałem na maila przed godziną 19:00, co nie było takie oczywiste, biorąc pod uwagę intensywne życie towarzyskie. Przy okazji ja mam pytanie: co ma na celu wyznaczanie ludziom tak krótkich terminów? Czy w pańskiej pracy chodzi o to, by faktycznie usłyszeć zdanie drugiej strony, czy też po prostu odbębnić to – na zasadzie: zapytałem, nie odpowiedział, trudno / nawet lepiej. Mówiąc krótko: czy to próba poznania prawdy, stanowiska drugiej strony, czy wręcz przeciwnie? Moim zdaniem można to jeszcze podkręcić: wysłać pytania o 10:00 i dać czas na odpowiedź do 10:02. Taka porada ode mnie.

Co do pytań, to… Pamiętam jak dziś 12 kwietnia 2005 roku. Czesław Michniewicz zadzwonił do mnie i – jeśli przekręcę jakieś słowa, to przepraszam, ale postaram się oddać tę rozmowę dokładnie – rozmowa przebiegała następująco (proszę o wierne zacytowanie):

No część.

Cześć.

Co dzisiaj będziemy jedli?

Ja bym zjadł pizzę.

Ok, to zamówię, a jaką?

Wszystko mi jedno, byle nie hawajską.

Następnie pokłóciliśmy się o kwestię ananasa. Chociaż może to akurat było 11 kwietnia? Ale nie, chyba właśnie wtedy, 12 kwietnia, bo 11 kwietnia 17 lat temu rozmawialiśmy o opryskach na komary. Tak więc rozmowa głównie toczyła się wokół pizzy. W pewnym momencie Czesław Michniewicz zdenerwował się i powiedział: „To sam sobie, kurwa, zamawiaj”.

Następnie, jak to mam w zwyczaju, zapytałem go, z kim w ostatnich dniach (i przede wszystkim: godzinach) rozmawiał przez telefon. Do dzisiaj gdy do kogoś dzwonię, to w pierwszej kolejności proszę o przeczytanie billingów, bo nie lubię sytuacji dwuznacznych i jeśli się okaże, że ktoś rozmawiał w ciągu ostatniej godziny z kimkolwiek innym, robię się zazdrosny. Podejrzewam, że robi pan podobnie i jeśli z kimkolwiek rozmawia, to najpierw przepytuje go o wcześniejsze połączenia.

Idźmy dalej. 22 maja 2005 roku to dzień, który na zawsze będzie w mojej pamięci. Rano toaleta, a potem poszedłem do kiosku po gazetę. Pracowała tam taka pani Jadwiga, ale nie znam żadnej związanej z nią historii, po prostu chciałem wykorzystać moment, aby ją pozdrowić. Na śniadanie zjadłem dwie bułki z szynką („szynka z kotła”, powodziło się). Dalej nie pamiętam już tak dokładnie, ale podejrzewam, że gdy zatrzymano sędziego Fijarczyka, co było bardzo głośnym wydarzeniem, to dzwoniłem do znanych mi ludzi ze środowiska piłkarskiego albo po komentarz, albo by po prostu dowiedzieć się, czy coś słyszeli i o czym się mówi w środowisku. Moim zdaniem dobry dziennikarz powinien rozmawiać z ludźmi. Chodzą nawet słuchy, że taki dziennikarz jak Szymon Jadczak też dzwoni do ludzi albo pisze do nich maile, podobno miał kontakty z osobami, które znały krakowskich przestępców. Albo nawet miał kontakty z samymi gangsterami, ale w to aż nie chce mi się wierzyć, to byłaby przesada.

Mówiąc krótko: w tamtych czasach byłem intensywnie pracującym dziennikarzem i wykonywałem mnóstwo telefonów, by po prostu wiedzieć, co w trawie piszczy. Jestem zaskoczony, że pyta pan o zaledwie dwa połączenia z Czesławem Michniewiczem, bo podejrzewam, że miałem ich tysiące. Fakt, że mój kolega został trenerem dużego klubu był dla mnie bardzo komfortowy: zawsze mogłem się podpytać o wiele spraw u źródła. Raz go nawet zapytałem, kto jest dobrym dziennikarzem z Poznania i powiedział mi, że Maciej Henszel – no i zatrudniliśmy Henszela w „PS”.

Z kolei sam Forbrich też był dla dziennikarzy doskonałym źródłem informacji, ponieważ po prostu wszystko wiedział: kto zostanie zwolniony, kto zatrudniony, kto gdzie przejdzie. Przez lata był dyrektorem/menedżerem ekstraklasowego klubu, a później wiceprezesem Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej. Uwielbiał się dzielić plotkami/informacjami. Widziałem go na żywo pewnie ze trzy-cztery razy w życiu, z tego sam na sam raz, i dokładnie opisałem tę postać (jak i to spotkanie) na łamach „Dziennika” – to był duży reportaż, chyba puszczany przez trzy dni, w odcinkach. Można go przeczytać także w książce „Stan Futbolu” – nie ma sensu bym drugi raz pisał to samo, proszę sobie cytować do woli tamten rozdział, tylko prośba o to, by nie manipulować wyrwanymi z kontekstu fragmentami. Po tym reportażu chyba się na mnie obraził (no i się nie dziwię, nikt tak dokładnie jak ja nie odmalował tego szemranego faceta), bo to już będzie z piętnaście lat, gdy nie zadzwonił. Pytanie, czy on mi płacił, czy też ja jemu płaciłem, to takie strzelanie ślepakami, że ja pierdolę. Na zasadzie: nie wiem kto komu i czy w ogóle, ale zapytam, a potem wrzucę do tekstu szkalujące pytanie, bo się przyklei (a jeszcze lepiej jak ktoś nie zdąży odpowiedzieć: „zapytaliśmy, czy dostawał łapówki, ale pytanie pozostało bez odpowiedzi”). Trochę zaczynam przekonywać się do opinii, że zawodowo zajmuje się pan wrzucaniem gówna do wentylatora. Przy okazji: czy pan kiedykolwiek płacił za seks nieletnim lub też otrzymywał pieniądze za seks z nieletnimi? Nie? Ok. To napiszę, artykuł „Szymon Jadczak i seks z nieletnimi”. W środku oczywiście, że pan zaprzeczył i sprawa zamknięta, bo też nic na to nie wskazywało, ale może ludzie nie klikną w „rozwiń”. W sumie mógłby mi pan odpowiedzieć na to pytanie, czekam do 19:02.

Cezary Kulesza przez zatrudnieniem Czesława Michniewicza oczywiście do mnie dzwonił, a ja mu wtedy powiedziałem, żeby tego grubasa nie zatrudniał i wziął szczupłego Adama Nawałkę, ale mnie nie posłuchał. Ostatnio dzwonił też do mnie Jarosław Kaczyński i pytał, co zrobić z Morawieckim, a ja mu powiedziałem, żeby na razie zostawił – no i zostawił. To jest przedziwne, że wszyscy konsultują ze mną ważne decyzje, poza Dariuszem Mioduskim, który nie konsultuje, no i efekt jest jaki jest.

Doskonałe jest to pytanie o analizie metadanych i billingach telefonicznych oraz internetowych, no i zeznaniach świadków, że pomagałem Michniewiczowi odpowiedzieć na pytania od pana. Teraz zaczynam rozumieć, jak się tworzy te wszystkie szkalujące artykuły. Wrzuca się trochę branżowej terminologii, świadczącej o wykonaniu jakiejś nieprawdopodobnej operacyjnej roboty, której nie powstydziłoby się CIA, żeby u czytelnika wywołać wrażenie „wow”. Oczywiście znowu jest to strzał na ślepo, bo nie ma tam żadnych metadanych czy innych rzeczy, ale a nuż się uda. A prawda jest taka, że Czesław Michniewicz powiedział mi, że dostał od pana pytania, a ja mu powiedziałem: „nie odpowiadaj, bo to pierdolnięty gość”. No więc moim zdaniem niepotrzebnie odpowiedział, nawet mi wysłał te odpowiedzi, ale mu nie odpisałem i tylko powiedziałem przez telefon: rób co chcesz. Rozwijając jednak poprzednią myśl i to, że tak brzydko o panu powiedziałem, do czego się ze skruchą przyznaję: uważam, że pisze pan mnóstwo ważnych artykułów, podziwiam za sprawę Wisły, natomiast już po napisaniu artykułu z dziennikarza przeistacza się pan w stalkera, który po prostu dzień w dzień nęka opisywane osoby, próbując jest na sto sposobów zaszczuć, w amoku pisząc do ludzi, firm, instytucji, i to wszystko jest toksyczne, chorobliwe. Ze świetnego dziennikarza przeistacza się pan w prześladowcę, a gdy jeszcze zaczyna pan widzieć, że artykuł nie przyniósł skutku, jaki pan zakładał – np. ktoś nie stracił pracy albo przeszedł ulicą i nie został zasztyletowany – agresja (słowna) zaczyna narastać. Przykładem tego jest niedawny wpis o Jarosławie Królewskim, uczciwym, normalnym człowieku, którego w piramidzie zła postawił pan wyżej niż krakowską mafię. A wszystko dlatego, że Jarosław Królewski ma pana w dupie (inna sprawa, że moim zdaniem powinien mieć pan honorowe miejsce na stadionie Wisły). Uważam, że mega interesujący artykuł mógłby pan napisać o sobie, przeczytałbym zaraz po artykule o Tomaszu Lisie.

Dobra, lećmy dalej z pytaniami. W jakich okolicznościach dowiedziałem się o zatrzymaniu Fijarczyka (ksywa w środowisku „Fujarczuk”, bardzo ją lubię, chociaż najlepszą miał sędzia Pacuda – mianowicie „Paskuda”). Podejrzewam, że z telewizji albo z Polskiej Agencji Prasowej, no bo niby w jakich innych? A w jakich okolicznościach pan się dowiedział, że w 2005 roku na stanowisku marszałka sejmu Włodzimierz Cimoszewicz zastąpił Józefa Oleksego? Proszę o informacje, gdzie pan wtedy był, z kim rozmawiał i czy rzeczywiście – jak wskazują metadane i billingi – spał pan tamtego dnia do południa?

Z tymi billingami z tego miesiąca to ciekawa sprawa. Moim zdaniem są dwie możliwości: albo pan kłamie, że takie billingi ma, albo jestem ofiarą nielegalnej inwigilacji. Ale nie chce mi się wierzyć, by dziennikarz walczący z nielegalną inwigilacją stosował nielegalną inwigilację. Bardzo byłbym wdzięczny za wyjaśnienie, jak ten fragment rozumieć: na jakiej podstawie ma pan wgląd w połączenia telefoniczne i internetowe osób trzecich?

A praca w firmach bukmacherskich – na czym polegała? No cóż, muszę przyznać, że była nudna. Jako country manager odpowiadałem za wszystkie działania na terenie Polski, ale tych działań za dużo nie było. Tu jakiś sponsoring, tu współpraca z jakimiś stronami, raz na tydzień telekonferencja, czasami trzeba było gdzieś polecieć. Mam opisać proces uruchamiania Excela i analizy KPI, czy niekoniecznie? Oczywiście trzeba było też hurtowo ustawiać mecze, ale wolę o tym nie opowiadać ze względu na odpowiedzialność karną. Najlepszy jednak był numer jak zapłaciłem Zidane’owi za czerwoną kartkę w finale mistrzostw świata i już sądziłem, że nic z tego, aż tu nagle… Dobra, tajemnica, proszę tego fragmentu nie cytować, dziękuję, zagalopowałem się.

A, no i jeszcze to „pytanie” o „Fryzjera”: że miałem „nakłaniać szefostwo redakcji do kontaktów z nim”. Nieprawdopodobne jak można ubrać w słowa zwykłe rzeczy, żeby zabrzmiało gangstersko. Byłem wówczas szefem działu piłki nożnej w „Przeglądzie Sportowym”, więc pół gazety było na mojej głowie. Jak chłopaki robili „Listę Fryzjera” i dzwonili po różnych osobach, to ów „Fryzjer” – co chyba nie jest niczym dziwnym – dowiedział się o tym. Zadzwonił, że chce porozmawiać z naczelnym, więc powiedziałem naczelnemu, że tamten chce z nim porozmawiać. Ot, cała historia. Generalnie ja to nawet uważam, że należało z nim porozmawiać, na tej samej zasadzie ktoś kto pisał o mafii pruszkowskiej powinien porozmawiać z Pershingiem, gdyby tamten wyraził chęć. Ale może się nie znam.

Resztę proszę sobie wyczytać z mojej książki, bo kończy mi się czas – nie wyrobię się z napisaniem więcej do 19:00. Co do książki, myślę, że doskonale opisałem w niej przaśną postać Forbricha. To dobra dziennikarska robota, na którą mogłem sobie pozwolić właśnie dlatego, że nie łączyły mnie z tym gościem żadne śliskie sprawy, nie miał na mnie żadnych haków i nie miałem wobec niego żadnych długów wdzięczności – a nie wszyscy dziennikarze mogą to o sobie powiedzieć.

Pewnie po tej odpowiedzi wskoczę na listę pańskich wrogów i tym razem to mnie zacznie pan zatruwać życie, osaczając z każdej strony, ale jakoś to zniosę. Pozdro!


Foto: Facebook/Krzysztof Stanowski

Miejsce na twoją reklamę

Chcesz zareklamować się na portalu z ogromną ilością wyświetleń? Bardzo dobrze trafiłeś!!! To jest miejsce gdzie w dobry sposób pokażesz swoją firmę.

Miejsce na twoją reklamę

Chcesz zareklamować się na portalu z ogromną ilością wyświetleń? Bardzo dobrze trafiłeś!!! To jest miejsce gdzie w dobry sposób pokażesz swoją firmę.