fbpx

„Spowiedź” ultrasa: Widziałem wiele w kibicowskim światku, jeśli nie wszystko

Ponad dwa lata temu, gdy jeszcze nie było nawet w planach pomysłu na Galaktyczny Futbol, „popełniłem” tekst na jednym z piłkarskich portali. Namówiłem na zwierzenia swego kumpla. Dziś przypomnę tę opowieść. Zapraszam.

Poznaliśmy się w gdzieś w świecie. Darek zaimponował mi ogromną wiedzą na temat futbolu. Sypał statystykami jak z rękawa, opowiadał, analizował, żył futbolem. Z czasem okazało się, co przyjąłem z ogromnym zaskoczeniem, że należał do jednej z najgroźniejszych grup kibicowskich w Polsce. Darek od lat jest związany z Pasami.

Dziś, nie bierze już czynnego udziału w kibicowaniu ukochanej drużynie, życie potoczyło się w innym kierunku. Wspomnienia jednak pozostały… niektóre mrożące krew w żyłach.

***

Moja przygoda z kibicowaniem zaczęła się pod koniec lat 70-tych, gdy jako mały chłopiec siadałem przed telewizorem i oglądałem transmisje ówczesnej pierwszej ligi, a głównie Ruchu Chorzów, w którym grał mój wujek. Piłka nożna zafascynowała mnie do tego stopnia, że razem z dwoma moimi braćmi ciotecznymi założyliśmy klub sportowy i rozgrywaliśmy oficjalne mecze we wszystkich turniejach Dzikich Drużyn i to przeważnie z sukcesami. Nasza drużyna stała się na tamte czasy tak profesjonalna, że przyjmowaliśmy do niej nowych członków, zawodników bez większych umiejętności piłkarskich. Wtedy liczyło się tylko to, aby regularnie płacili nam składki na utrzymanie klubu.

Tak więc, młode lata minęły na kibicowaniu przed telewizorem i regularnemu graniu w piłkę w w/w klubie oraz w bardziej profesjonalnej drużynie, którą zasilałem od trampkarzy do juniorów RKS Radomsko. Ze względu na słabe wyniki w nauce, moje treningi kończyły się zawsze w październiku, czyli po pierwszej wywiadówce w szkole, bo mama nie zdając sobie sprawy z dalszych konsekwencji i blokowania mojej kariery, dawała mi tzw. szlaban na treningi. A może teraz byłbym bogaty jak Kowalczyk lub Hajto…Także prawie nigdy nie dotrwałem do pierwszego okienka transferowego.

Ze względu na powyższą sytuację zająłem się tylko kibicowaniem drużynom na najwyższym stopniu rozgrywkowym. Niektórzy mogą to dziwnie odebrać, ale na samym początku mojej drogi kibicowskiej nie byłem przywiązany do jakiejś jednej drużyny. Po prostu byłem kibicem piłki nożnej. Mój pierwszy wyjazd na poważną piłkę był w roku 1986 na mecz Widzew Łódź – Pogoń Szczecin. Z tego meczu pamiętam tylko tyle, że Widzew wygrał 2:0, druga bramka padła na tę, za którą siedziałem. Wtedy nie liczył się wynik ani widowisko sportowe, tylko samo dotarcie na mecz i powrót. To był wyczyn. Pełny pociąg kibiców, wszyscy pod wpływem, konduktorzy i kierownicy pociągu pochowani po dziurach, na peronach kordony milicji w kaskach jak dzisiejsi antyterroryści i my nagrywani przez lokalną telewizję. To były czasy, na drugi dzień w szkole byliśmy bohaterami. Tak między innymi wyglądały moje wyjazdy z kumplami na takie mecze.

Mam w pamięci szczególny dla mnie mecz w roku 1988 w kwietniu, gdy Górnik Zabrze podejmował Legię. Będąc wtedy u rodziny na Śląsku, postanowiłem obejrzeć ten mecz na żywo. To nie były czasy karnetów, a więc wpakowałem się w pociąg, jadący w stronę Zabrza. Siedzę grzecznie jako 18-latek z wagą wynoszącą 60 kilogramów…Za kilkadziesiąt minut na żywo będę widział Darka Dziekanowskiego, ówczesnego piłkarza Legii, potocznie nazywanego w tamtych czasach „zdrajcą Widzewa”. Pociąg ruszył, na jednej z kolejnych stacji wpada banda kiboli napakowanych jak Marek Perepeczko, bo Pudziana wtedy jeszcze nie znali i sprawdzają bilety jak kanary- kto skąd jedzie, a przede wszystkim, kto skąd jest. Nie daj Bóg, żeby się wtedy okazało, że ktoś z podróżujących jest z Warszawy. Wagon byłby na pewno skąpany we krwi. Oczywiście, zawsze miałem pecha, podchodzą do mnie i pytają skąd jestem, skąd jadę… Wręczam im legitymację szkolną i słyszę: „To jakiś leszcz z Krakowa, a nie kibic.” Poty mi odeszły razem z nimi. Pomyślałem sobie: Ale ich zrobiłem…

Dojechałem do Zabrza, stoję po bilet przy kasie na stadionie, tymczasem ta sama ekipa, co z peronu wychwytuje kibiców z Legii. Nie minęła minuta, walą w moją stronę i znowu: „Skąd jesteś? Co tu robisz? Rozepnij kurtkę!” Wylegitymowałem się, pokazałem, że pod kurtką nic nie mam i pozwolili wejść mi na stadion. Sekundę po przejściu przez 'bramkę’, usłyszałem jak goście stojący po bilety, będąc już na stadionie z ulgą porozpinali swoje kurtki i powyjmowali szaliki Legii Warszawa! Kurwa, to byli Legioniści! Żeby to oni musieli się legitymować, a nie ja w kolejce, byłbym świadkiem pierwszego zbiorowego morderstwa w swoim życiu.

Nawiązując do stadionu Górnika Zabrze na ul. Roosevelta 81, mam sentymentalne i jedyne w swoim rodzaju wspomnienie, ponieważ byłem tam pierwszy raz w życiu na meczu międzypaństwowym i to naszej reprezentacji. Miałem wtedy 17 lat, 14 października 1987 rok. Przegraliśmy wtedy 0:2 załatwił nas wtedy nie kto inny jak Ruud Gullit. Do dzisiaj dumny jestem, że on później okazał się jednym z najlepszych napastników na świecie i ja miałem przyjemność widzieć go na żywo. Po meczu ochrona była tak bystra, że wzięła mnie za Holendra i dostałem się do autokaru kibiców z Holandii. Naszą ochronę mogłem przechytrzyć, ale kibiców Holandii już nie. W grzeczny sposób wyprosili mnie z autokaru, gdy zorientowali się, że nie umiem słowa po holendersku. W tamtych czasach już byłem 'kozakiem’ dla moich kolegów za ten wyczyn. Druga sytuacja ze Śląska, która bardzo utkwiła mi w pamięci, to mecz na ul. Bukowej w Katowicach, GKS-Lech Poznań w sezonie 1988/1989. Po pierwsze był to na tamte czasy najnowocześniejszy stadion w Polsce (chyba do dzisiaj tak wygląda z tego co wiem i niestety nie jest już nowoczesny), a druga sprawa, to siedziałem na trybunach blisko pana Andrzeja Zydorowicza, który wtedy prowadził transmisję z tego meczu dla Polskiego Radia. GKS wtedy wygrał 4:1 i pomimo sympatii do Lecha szczęśliwy wracałem do domu.

Mój pierwszy mecz w Lidze Mistrzów, to czysty przypadek i paradoks życiowy. Nigdy nie lubiłem Legii i nie cierpię do dzisiaj za to, że jest faworyzowana, w szczególności przez kilku znanych dziennikarzy i nie tylko. Byłem na Łazienkowskiej wtedy pierwszy raz, na meczu Legia – IFK Goteborg. Nic specjalnego, mecz jak mecz, ale za 2 tygodnie płynąłem do Szwecji promem do pracy i okazało się ze płyną nim kibice Legii na rewanż. Musiałem uważać, aby się nie wygadać jaki mam stosunek do ich klubu. Chociaż w sumie mało mnie to wtedy interesowało, ponieważ poznałem wówczas Piotra Protasiewicza, żużlowca, który udawał się na zawody do Szwecji.

Pierwszy raz z kibicami Cracovii miałem styczność na osiedlu, którym wtedy mieszkałem, było to pod koniec lat 80-tych. Było to osiedle „Piaski” obok był „Kozłówek”, który też należał do Cracovii. Było fajnie i przyjemnie, bo można było chodzić w barwach klubowych. Po prostu tam rządziła Cracovia i było to chyba drugie największe skupisko kibiców Cracovii po „Kazimierzu”. W tamtych czasach pomimo tego ze kibicowało się Pasom, to prawie każdy i tak miał kumpli z Wisły ze szkoły lub pracy. Ja znałem nawet takich kibiców, którzy chodzili w jeden weekend na mecz Cracovii, a w drugi na mecz Wisły i było ok. W tamtych czasach nie było takiego „ciśnienia” na obcinanie sobie rąk maczetami i tak drastyczne pobicia jak później.

Pamiętam jeden wypad nocny na osiedle „wiślackie” w celach zarobkowych. Jako młodzi chłopcy kradliśmy radia z samochodów, a że na swoim osiedlu się nie kradło, to wyruszyliśmy na teren wroga. Już po udanej akcji wracamy między blokami na swój rewir z łupami, a tu nagle zastępuje nam drogę około dziesięcioosobowa grupa kibiców Wisły. Słyszę, jak mówią: No to „Żydki” mamy was. Pytają się nas co tutaj robimy o tej porze. Kłamać nie było sensu, bo każdy z nas miał po dwa radia z samochodu, a więc mówimy, że byliśmy na robocie. Myślałem, że teraz to już na pewno będzie po nas, a tu słyszę jak jeden z nich mówi do swoich ziomków: „Ok, na robocie są, puścić ich!” Całe życie przeszło mi przed oczami a tu takie coś. Wróciliśmy spokojnie do domu i wiem, że w obecnych czasach taki numer by nie przeszedł, bo byłoby po nas. Wtedy było jakoś bardziej honorowo.

W ten sposób zarabialiśmy kasę, przede wszystkim na weekendowe imprezy związane z meczami. Cracovia grała wtedy w 3 lidze, a więc nawet mecze wyjazdowe nie stanowiły większego problemu. Najdalszy wyjazd wtedy, to był chyba Rzeszów, około 160 km, a były tam wtedy dwa kluby: Zelmer i Stal. Graliśmy również blisko, bo z Garbarnią i Wawelem, który był też znienawidzony jak Wisła. Po pierwsze był to klub wojskowy, a po drugie na dzielnicy „wiślackiej” Bronowice. Ogólnie było fajnie i spokojnie, każdy w tygodniu starał się coś zarobić, żeby było na weekend, bo mecze to praktycznie jedyna atrakcja w tamtych czasach. Oczywiście zdarzały się rożnego rodzaju akcje i awantury z kibicami Wisły, ale nie było to tak drastyczne jak później.

Na początku lat 90-tych zaczęło wszystko się zmieniać. Trafiłem pierwszy raz za kratki i po opuszczeniu zakładu karnego wszystko było już inne. Poznałem wielu innych kolegów z którymi trzymaliśmy się na wolności. Nic tak nie cementuje chyba przyjaźni jak wspólny pobyt w jednej celi. Nikt chyba wtedy nie zauważył jak zwykle kibicowanie przemienia się w bandycki proceder, oczywiście nie wszystkich kibiców to dotyczy! Pamiętam wtedy jeden z pierwszych gangów „Anty-Wisła”, który pomiędzy meczami zajmował się wszystkim na czym można było tylko zarobić. Do dzisiaj jest ta grupa, ale nazywana jest już „Młoda anty-Wisła”.

Na dobre wojny kibiców zaczęły się, gdy pojawiły się narkotyki. Nie chodziło tu już wtedy o piłkę, a o kasę. Każdy chciał na tym zarabiać, bo był już duży hajs. Powstawały nowe grupy, które kibicowały temu samemu klubowi, ale prowadziły odrębne interesy. Po prostu zrobiło się za dużo przywódców, którzy nie chcieli się dzielić zyskami i tak jest do dzisiaj. W tym samym czasie kibice Wisły robili to samo i dochodziło do konfliktów nie na tle kibicowania, ale na typowo gangsterskim. Zaczęły się wtedy ciężkie pobicia i morderstwa. Nawet na typowe ustawki nikt nie chciał się godzić z Cracovią lub Wisłą, bo te dwa kluby używały tzw. sprzętów, czyli noży i maczet.

Chcąc więcej zarabiać na narkotykach, kibice poszczególnych klubów zaczęli przejmować bramki w lokalach i dyskotekach. Pierwszą ofiarą tego zjawiska był Andrzej First, mistrz kick-boxing i właściciel pierwszej szkoły walki SMOK. Był również bramkarzem w jednym z krakowskich klubów i sprzeciwiał się bardzo rozprowadzaniu narkotyków w dyskotekach. Nie wiadomo do dzisiaj kto 20 razy pchnął go nożem i zabił. Kibicowanie wtedy zrobiło się już bardzo niebezpieczne. Gangsterzy wyczuli doskonały moment i siłę fanatycznych kibiców na robienie interesów. Policja wtedy tak zwariowała, że prawie każde pobicie, każda awantura i morderstwo na mieście przypisywane było porachunkom kibicowskim, co w 50% tylko było zgodne z prawdą.

Jeżeli chodzi o ustawki, to specjalistą w tej dziedzinie był kiedyś „Rybak” z Gdyni. Poznałem go kiedyś podczas jakiegoś meczu w Krakowie, a właściwie po meczu podczas popijawy zwanej przez jednego ze znanych redaktorów 'bajlando’, ponieważ jak wiadomo Cracovia ma już długoletnią sztamę z Arką. Facet skupiał wtedy wokół siebie grupę chłopaków ściśle związanych z sekcją rugby w Arce. Był ich nieformalnym liderem i miał pojęcie na temat bicia po mordzie. Na tamte czasy była to chyba jedna z najlepszych ekip w Polsce, jeżeli chodzi o ustawki i zwykłe napierdalanki po, lub przed meczami. Mieli oni wtedy przewagę nad innymi ekipami, ponieważ z racji uprawiania rugby odbywali regularne treningi. Nie była to przypadkowa grupa chłopaków, tylko wyszkolony oddział. Mało kto chciał z nimi spotkać się na tzw. ustawce. Niewiele pamiętam takich ustawek umówionych, ponieważ zawsze z jakiegoś powodu były odwoływane. Większość odbywała się po meczach, dogadywane były na 'gorąco’. Raz, pamiętam, jak wracaliśmy z meczu w Gdyni pociągiem i ktoś umówił ustawkę z kibicami jednego z klubów w woj. łódzkim. Mieliśmy wtedy przesiąść się w Łodzi do pociągu jadącego w stronę Sieradza i w miejscowości Poddębice zaciągnąć hamulec ręczny w pociągu i tam miało dojść do konfrontacji. Całe szczęście, że kilku chłopaków pojechało tam wcześniej samochodami i uprzedzili nas, że na miejscu nie ma żadnych kiboli tylko kilkanaście radiowozów policji i żeby nie wysiadać. Policja doskonale znała nasze plany i czekała na nas. Po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że miała to być zemsta, ponieważ jakiś czas wcześniej kibice tego klubu dostali ciężki łomot w Krakowie.

Jeżeli chodzi o sztamy i zgody między klubami, to jest to bardzo 'pokręcony’ temat. Większość zgód i sztam była i jest robiona z potrzeby chwili, a dokładniej mówiąc chodzi o 'interesy’. Tak jak np. Wisła zerwała sztamę z Lechią, a zawarła z Ruchem, bo bliżej i teraz okazało się, że do aresztowania 'Miśka’ we Włoszech przyczynił się jeden z przywódców 'psycho-fans’ (bojówka Ruchu) i już po sztamie. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Jest również dużo takich sytuacji jak np. zgoda Cracovii z Koroną Kielce kiedyś. Wiadomo od dawna, że Cracovia ma długoletnią sztamę z Arką i Lechem. Kiedyś po jednym meczu w Kielcach (Korona-Lech) doszło do zadymy między kibicami z Kielc i Poznania. Jak to przeważnie bywa w takich sytuacjach po meczu we wszystko wtrąciła się policja i nie wiadomo, dlaczego ruszyła tylko w stronę kibiców Lecha. Tak to dziwnie wyglądało, jakby policja i kibice Korony wspólnie atakowali kibiców Kolejorza. Było kilka aresztowań, a na koniec kibice Cracovii dostali ultimatum od kibiców Lecha, że albo oni albo Korona. Oczywiście nikt nie przełożył jakiejś dziwnej zgody z Koroną zrobioną dla potrzeby chwili (pewnie narkotyki w Kielcach były trochę tańsze wtedy) nad długoletnią sztamą z Lechem…